piątek, 21 kwietnia 2017

Dwa sprawdziany jednego dnia. Zabijcie.

Dzisiejszy dzień to jedno wielkie ZŁO! Pomińmy dwa wuefy i wok. Przenieśmy się do sprawdzianu z chemii. Przed lekcją dostałem czkawki. Śpiewałem sobie żeby zabić stres (mam stresa, mimo mej obrony, jestem skończony (stresa!)) i poprawiałem humor koleżankom, ale najgorszym było to, że czkałem, gdy w całej klasie było cicho. Spokój, harmonia, a tu nagle czk. I cała klasa w brecht. Ach. Myślałem, że skompromituję się totalnie, ale pani pozwoliła mi pójść do kranu na piętrze. Sprawdzian, btw, był trudny. Ale 3 może będzie. Z biologią natomiast nie najgorzej. Chciałem co prawda pięć, ale cztery też może być. Gdy pani sprawdzała nasze wypociny (bo test wszyscy skończyli dużo przed czasem), miałem ochotę porozmawiać na temat matur. W końcu trzecioklasistów już w szkole nie ma. Chcę zdawać z geografii, biologii i fizyki, a nawet z filozofii. Mieliśmy też czas na zastanawianie się czemu nie ma profilu takiego jak biol-fiz-geo (na taki bym poszedł, zresztą nie tylko ja)... Chciałbym, żeby tak było, ale żadna szkoła takiego nie posiada.