wtorek, 19 lipca 2016

Carpe Diem 9 - rodzinna przejażdżka i dzisiejsza "przygoda"

 Jedziemy autem do Ostrowa Lubelskiego.
 Podziwiamy widoki.








 W Ostrowie są same domy jednorodzinne. Żadnych bloków.







 A na rondach kapliczki.












 Dojechaliśmy nad jezioro miejskie.























 Dojeżdżamy do Jedlanki


 Fajne w dotyku
























 Droga powrotna: Kościół w Ostrowie Lubelskim. Moja fotografia roku.








Już w domu.
A teraz dzisiejszy dzień.
Mama kupiła od cioci nadmuchiwany kajak i postanowiliśmy go dzisiaj zawodować. Pogoda nie była może idealna, ale przyjemna. Nieco pochmurno i lekki wiaterek. Torbę wraz z pompką, kajakiem i innymi niezbędnymi rzeczami zanieśliśmy w dół skarpy i zaczęliśmy nadmuchiwać. Tata trzymał linę, aby podczas wchodzenia kajak nie odpłynął. Wlazłem pierwszy. Usiadłem na przedzie, a Janek podał mi kajak. Potem wszedł on i sp oczął na tyle. Pózniej mama zaczęła nas prowadzić za tą liną, a my płynęliśmy. Po może minucie lub dwóch mama rzuciła ją nam i zaczęliśmy wiosłować. Ja to robiłem z siłą, ale Jasiowi nie wychodziło, co zauważyła nawet mama (wiem, chwalę się). Próbowaliśmy cumować 3 razy, i dopiero za tym 3. razem udało nam się zatrzymać przy brzegu, gdzie mama nas trzymała za sznur. Wylazliśmy, ale nie wiedzieliśmy jak przejdziemy przez gąszcz skoro nie mamy butów (było tam mnóstwo pokrzyw i innych zarośli, natura przede wszystkim). Ja postanowiłem, że podpłynę pod pomost koło taty (widać go było z bardzo daleka) i on złapie linę, bo inaczej nie przeszedłbym przez brzeg (wiem, wiem, panicz jestem) w samych skarpetkach. Na samym początku pływanie (samemu, podkreślam) szło mi dobrze, ale kajak jakoś się odwrócił. Mama powiedziała, żebym zawracał, bo nie dam rady, ale nurt mnie porwał. Próbowałem wielokrotnie płynąć pod prąd, ale mi się nie udawało. Wiedziałem, że jestem zgubiony. Wrzeszczałem, a mama biegła za mną cały czas przez te zarośla (a tata poszedł do domu, gdy Jasiek poszedł boso po torbę i buty, mama na szczęście je miała). Kaczka mi pod spód wpłynęła i się bałem, że mi coś przediurawi i będę musiał pływać (sprawdziłem jak głęboka jest woda). Płynąłem przerażony i wołałem o pomoc. Kilka razy cumowałem, ale bezskutecznie. W końcu chwyciłem się jakiejś gałęzi i się zatrzymałem. Mama złapała linę (ale przybiegła po paru minutach) i mnie przyciągnęła do brzegu, gdzie jakoś sobie poradziłem. Byłem przemoczony i wściekły. Potem pod górkę ostatecznie musiałem wejść boso po ziemi, gdzie niedaleko była szosa. Mijałem pokrzywy i ostre gałęzie, ale ostatecznie dotarłem do drogi szczęśliwy. Mamie cudem udało się spuścić powietrze (tata za mocno dokręcił korek) i ciągnęła wraz ze mną kajak po trawie, gdzie chodziłem boso. Zanim jednak dotarła na górę, to mijał mnie rowerzysta, który spojrzał na mnie - bosego, z wiosłem w ręku i dziwnie się uśmiechającego chłopaka. Przyspieszył parokrotnie się odwracając w moją stronę. Do Łęcznej było niedaleko. Na podzamczu spotkaliśmy Janka z torbą i butami (jaka ulga chodzić po żwirze w butach, a nie skarpetkach), który pomagał mamie nieść kajak, a ja z wiosłami poszedłem zmęczony do domu. Ufff. Co by było gdybym popłynął dalej? Pewnie byłbym już w lokalnych wiadomościach.