czwartek, 29 czerwca 2017

Zaręczyny podczas gry w butelkę

Ten dzień można z pewnością zaliczyć do dziwnych. Byliśmy na plaży i oprócz grania w siatkówkę z całkiem dużą częścią naszego sanatorium. Wtem z Kasią, podczas spaceru brzegiem morza i robieniu sobie wspólnych zdjęć, wpadliśmy na pomysł, żeby poskakać na takim kolorowym wybrzuszeniu, co miało właściwości jak trampolina. No i skakaliśmy. Jeszcze z jakimiś innymi dziećmi. Wywrotek było dużo, ale ja tylko raz się wywróciłem. Hehehehehehe. Jedno z naszych wspólnych zdjęć wysłałem na Facebooka. Oczywiście kuzyni od razu wzięli się za komentarze na Snapchacie.
.
Gra w butelkę. Godzina 21. Osób kilkanaście więc zabawa powinna być przednia. Była i to totalnie.
Moje wyzwania: ustawienie na Facebooku, że jestem zaręczony (z Kasią, no bo z kim innym, a komentarze się posypały, lajków trzydzieści parę, a tego nawet nie zamierzam usuwać), wsadzenie sobie do majtek kostki lodu (wziąłem gumę do żucia i przykleiłem ją do spodni, aby panie dały mi lód, bo go nie mieliśmy, lecz one mi go nie dały, ponieważ nie miały. Ups. Przynajmniej było śmiesznie), polizanie ucha koleżance, podarowanie pieniędzy sąsiadom na cele charytatywne.
Niektóre te najśmieszniejsze nagrywane były przez jedną z dziewczyn, która to relacjonowała na snapie. O Boże. Ile było innych wyzwań. Ktoś pukał do dyżurki i szybko z niej uciekał, jeden się lizał z dziewczyną, jedna z dziewczyn twerkowała razem ze mną, jakaś koleżanka zajęła mi koszulkę zębami, a na dodatek pytania były mocno zboczone. Dzień ten był czadowy do potęgi siódmej.