wtorek, 16 sierpnia 2016

Carpe Diem 18 - Odpust, artyści i ognisko.

Wczoraj w Gdeszynie był odpust. Dorośli pytali mnie czy jadę, ale tego nie zrobiłem. Nie pojechałem tylko ja, Kacper i Dominik. Czyli cała chata dla nas na jakieś 2 godziny. Weee. No, tak nam się wydawało, ale my idioci pojechaliśmy zbierać trawę i zostawiliśmy pusty dom, a jak wróciliśmy to zastaliśmy już wujka, ciocię, Kingę i Karolinę. Reszta wróciła godzinę później, bo jak się okazało potem (dziadek powiedział), że wszyscy wcześniej wyszli z kościoła. Na odpuście dziewczynki kupiły sobie zabawki, a Kinga petardy, które odpaliliśmy niedługo po jej powrocie (wsadziliśmy je drewnianemu konikowi na biegunach w dupę i odpaliliśmy). Szkoda, że kupiła niewybuchające, przez co wszyscy mieli do niej pretensje. Pozostałe odpaliliśmy wieczorem i były bardzo ładne. W międzyczasie rozpaliłem ognisko (bo mi się zachciało) i jedliśmy kiełbaski. Nudziło nam mi się, więc wzięliśmy słomę i igły z drzew i wrzuciliśmy do ognia (2 razy). Fajnie się dymiło i paliło, przez co zwiędły liście na drzewie nad ogniskiem.
Dzisiaj zabawiliśmy się w artystów i pojechaliśmy z Olą (taki mieliśmy zamiar, we dwoje), a potem z Marysią (bo wybłagała mamę) i Kingą i Roxą na łąkę, by zerwać kwiaty i rozrzucić Oli wokół włosów. Porobiłem jej parę zdjęć i wybierała potem najlepsze w sadzie. Marysia parokrotnie się bała, ale dała radę, to było męczące. Potem w sadzie porozrzucałem te kwiaty na moją koszulkę i zrobiliśmy mi małą sesję zdjęciową. Przed chwilą z Olą płakaliśmy, bo włączyliśmy lokalizator kawiarni Starbucks. Nasze życie nie ma sensu, ponieważ u nas w ogóle ich nie ma (są w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu itp. ale u nas nie), a np. w Nowym Jorku, L.A., Tokio, Dubaju (z czego 2 na sztucznej wyspie!!!) jest więcej niż w Polsce. Smutni jesteśmy. Ola najbliższą restaurację ma w Poznaniu, a ja w Warszawie. Smutłem srogo.
Jestem zły, bo Ola ma więcej lajków ode mnie.