piątek, 6 maja 2016

Oświęcim

Dzisiaj wyjechałem z moją klasą do Oświęcimia na Marsz Żywych. Zbiórka i wyjazd o wpół do piątej rano. Nie narzekam. Było naprawdę ciekawie.
Początek dnia wydawał się być pechowy, ponieważ wziąłem aparat, ale zapomniałem karty pamięci do niego. Heh. Zapomniałem też wziąć ze sobą telefonu z autobusu (miałem go ze sobą na wycieczce, ale nie na marszu).
W drodze do miasta, mieliśmy okazję porozmawiać z paniami (panią od historii, geografii, polskiego i panią Z, bibliotekarką), które się nami opiekowały. Między innymi na temat polityki, a właściwie o mojej przyszłej karierze ("Musisz coś obiecać, ale nie musisz tego spełniać"), ale także i o Katowicach i mojej ucieczce do nich. Pani Z powiedziała, że dobrze zrobiłem. BTW wczoraj minęło półtora roku od tego wydarzenia.
.
Dostaliśmy specjalne identyfikatory.

Przejeżdżaliśmy przez Janów Lubelski, Nisko, Rzeszów, Kraków, Libiąż i Chrzanów. Jechaliśmy też autostradą A4

Tu jest nasze miejsce

Grupa ludzi. Najwięcej z nich było ubranych na niebiesko.


Nie wiem czemu, ale uważam to za najlepsze moje zdjęcie.

Znalazłem dwie czterolistne oraz dwie pięciolistne koniczynki. To się nazywa fart. Pani Z (z biblioteki) powiedziała, że powinniśmy zagrać w Totka. Niestety nie udało się nam nigdzie zagrać.


Aż strach mnie ogarnął. Nie mogłem uwierzyć w to, że to są kobiety...

Te dwie siostry zrobiły na mnie największe wrażenie.



Przy tej ścianie hitlerowcy strzelali do Żydów.






Dopadł nas tutaj średni deszcz (Brzezinka) i musieliśmy go przeczekać.
Po ulewie znalazłem fajną tablicę z napisem "Panama", ale dzieci powiedziały mi, żebym nie brał, to nie wziąłem. Potem dostałem pozwolenie od pani Z, więc wziąłem, ale inną. O taką:

Z panią Z mieliśmy niezłą śmiechawkę, ponieważ zgubiliśmy grupę. Postanowiliśmy więc szukać grupy, jednocześnie sobie żartując, że zasiądziemy na dywaniku u pani dyrektor i, że powiemy dlaczego się zgubiliśmy.
Po marszu i przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów zatrzymaliśmy się w McDonald's. Ogromne tłumy i kolejki. Chciałem zamówić elektronicznie, ale nie dało rady. Pani od geografii rozdawała kupony, więc wziąłem dwa. Pech chciał, że po mnie nikt w kolejce nie stał. Miałem numerek 90, a gdy wchodziły gotowe zamówienia, pojawiały się numerki od 60 wzwyż, czyli prawie 30 dań przed moim.
Podczas stania w kolejce zaczepił mnie jakiś chłopak i powiedział, że mam pozdrowienia od dziewczyn siedzących niedaleko. Nie wiedziałem co powiedzieć. Rzadko dostaję komplementy, a często myślę, że to są po prostu drwiny.

Kupiłem też "Angorę". Jak zwykle świetny felieton Janusza Korwin-Mikkego.








I dobrze, że nie strzelałem w Lotto. Miałbym tylko jedną trafioną liczbę - 27.
Moja reszta: 5, 7, 14, 20, 48.
Będę cały czas w nie strzelać. Mama w końcu uważa mnie za dziecko szczęścia i w sumie tak może być, bo często rzeczy uchodzą mi na sucho. A i pieniądze często na ulicy znajduję.