środa, 27 kwietnia 2016

Nierozgarnięty ja

Dziś wyszedłem do szkoły jak co dzień. W szatni po przebraniu się zauważyłem, że mój plecak gdzieś się zapodział. Koledzy pomogli mi szukać, aż jeden z nich powiedział mi, że... po prostu nie wziąłem go z domu. Śmiałem się z tego ja i cała klasa, oraz pani nauczycielka od fizyki, z którą mieliśmy lekcję jako pierwszą ("nie martw się, będziesz wolnym elektronem").
A dzisiejsza lekcja nie była taka zła (mamy już luz po egzaminach), więc pani pokazała nam doświadczenie z huśtawką elektromagnetyczną.
Na drugiej lekcji, czyli WDŻ przyszedł tata i dał mi plecak (spodziewałem się tego).
Nie mieliśmy dziś historii, więc poszliśmy z panią nauczycielką od świetlicy, gdzie graliśmy w ping-ponga na 10 osób. Dwunastokrotnie zdobywałem ostatnie miejsce, a trzy razy piąte. Byłem zły, bo wszyscy doszli do finału, a ja nawet nie byłem w ćwierćfinale.
Raz zdarzyła się sytuacja, że byłem w piątce i z radości powiedziałem: O, może to będzie ćwierćfinał?
Po tych słowach odpadłem. Wybuchł śmiech.
Raz mi się udało wejść do czwórki. I tylko raz.
Na polskim i pierwszym wuefie mieliśmy lekcje poloneza z emerytowaną nauczycielką, która przygotowywała na bal gimnazjalny. Na szczęście ja na niego nie idę, więc mogłem nie tańczyć. Pani mocno krzyczała na tańczących. Bardzo. Trochę się bałem. Nawet za karę wysłała mnie i kolegę do kąta, ponieważ za głośno mówiłem.
A po drugim wuefie przesiedziałem dwie godziny w bibliotece tworząc moje Top 42 piosenki na Eurowizję. Nawet puściłem parę piosenek, które pani się spodobały.
Przed wyjściem dostałem jeszcze trzy piękne, patriotyczne przypinki z Katynia, symbolem "Polski Walczącej" oraz z żołnierzami wyklętymi.

Piękne.
Potem wybrałem się na kilkuminutowy spacerek z K. i naszą koleżanką O.