sobota, 19 marca 2016

Maraton na piechotę, czyli droga krzyżowa z prawdziwym, choć małym, krzyżem

Jest 10. Jestem wyspany, choć wstałem godzinę temu i spałem około 5 godzin. Siedzę w cieplutkim, pomarańczowym kocyku i rozkoszuję się chwilą.
Niestety nie przeszedłem 42 kilometrów. Tylko 36. W Ziółkowie się poddałem, a potem, w Karolinie przy kapliczce zatrzymałem się, klęknąłem na 5 minut, po czym nie mogłem wstać. Mama po mnie przyjechała i zaprowadziła do domu, ale nie od razu, ponieważ akumulatory w samochodzie się wyczerpały. Ot, pech.
Pokażę wam całą trasę w fotografii.

Stąd zaczynaliśmy. Kościół pw. św. Józefa. Przed wędrówką poszliśmy na mszę, a tuż przed nią, zapisaliśmy się, zapłaciliśmy 10 złotych i dostaliśmy przewodniki, plakietki i opaski odblaskowe.

Gdy wychodziliśmy, było już ciemno. Na zdjęciu stacja nr 1.

Opuszczamy miasto

i klękamy, przy stacji numer 2.

Uwielbiam iść takimi polami. Na szczęście mieliśmy z Jasiem latarki czołowe, więc wszystko widzieliśmy.

A tutaj przechodzimy przez kładkę. Możliwe, że to około 3-4 kilometry od kościoła.

A tu most na rzece Wieprz.

Dzika rzeka.

Półtorej godziny po wyruszeniu.

Przystanek w Wólce Łańcuchowskiej.

Policja często nas pilnowała. Na zdjęciu jej nie widać, ale była.

I znowu przyroda.

Chodzenie było bardzo męczące. Siedzenie było prawdziwą radością. Tutaj, przy stacji (bodajże) nr 4.

1957.

Na wskazówkach podanych na mapie, przy tym słupie powinniśmy skręcić. Tak zrobiliśmy.

"Matko, błogosław nas"

Kolejna stacja. Zdjęcie zrobione o 22:27, czyli 3 godziny i 17 minut po wyruszeniu.

Jasiek idzie. Czasami ja szedłem szybciej, czasami on. Podziwiam go, ponieważ on przeszedł całą.

Nieco po 23. opuściliśmy Trzeszkowice.

A tutaj Józefów (nie, nie nad Wisłą, ani nie ten w powiecie biłgorajskim)

A tutaj las. Najgorzej. Szliśmy sami. Grupa z przodu szła może 50 metrów przed nami, a ta z tyłu, ze 100.

Taka przerwa nastała przeze mnie, ponieważ musiałem zrobić przymusowy przystanek, by napić się kawy i zjeść jabłko.

Ogólnie, to dużo na tej wycieczce zjadłem. Nawet cukier był cały czas w normie. Chyba, bo podczas jednego z postojów, w glukometrze wyczerpały się baterie. Na razie jest dobrze. Po powrocie do domu było 88, a teraz mam 122.

Przerażający widok.

Ale jakiż był przyjemny podmuch wiatru. Na początku.

Kolejny krzyż. Kolejna stacja.

3:08. Kijany, zmęczenie, ból, gmina Spiczyn.

Odpoczynek w Kijanach.

Nie zrobił mi dobrze. Po klęknięciu moje nogi odmawiały posłuszeństwa. Może przeszliśmy z 3 kilometry, gdy się poddałem.

Ostatnie zdjęcie jakie udało mi się zrobić.
Było mi zimno w ręce, chciało mi się wymiotować, chodziłem jak pijany, majaczyłem, miałem halucynacje (śpiewałem w głowie czołówkę z iCarly), drżałem, zęby mi strasznie dygotały, ale doszliśmy do Ziółkowa. Tam podjąłem decyzję, że dochodzimy do Karolina, do stacji nr 12 (do końca zostały mi tylko 2 - Krzyż w Witaniowie, oraz Parafia pw. św. Marii Magdaleny w Łęcznej. Wiedziałem, że nie dam rady. Jasiek zadzwonił po mamę. Dość długo nie przyjeżdżała, przez co brat był wściekły.
Ostatecznie mnie zabrała, a ja około 4. rano, już w domu, zasnąłem pod cieplutką kołderką. Nie miałem na nic siły.
Dźwigałem krzyż, razem z Jezusem.
.
Dziś rano na Twitterze spotkała mnie dość przykra sytuacja. Jedna z dziewczyn napisała, że ma święta w d*** i cieszy się z nich tylko dlatego, że ma wolne.
Czy Jezus dźwigał krzyż dla takich ludzi?
Czy Jezus dźwigał krzyż dla profesor Staniszkis, która obraża prezydenta, tylko dlatego, że jest z PiS, oraz dlatego, że jeździ na nartach?
Dla kogo Jezus dźwigał krzyż?
Dla mnie, dla was, dla nas wszystkich, ale czy wszyscy na niego zasłużyli?
.
Edit: 17:43
#PrayForTurkey
Czy terroryzm kiedyś się skończy?